Tylko w Krakowie, czyli najsłynniejsze krakowskie święta i zwyczaje

0 | dodaj


    Lajkonik - Lajkonik, zwany też Konikiem Zwierzynieckim to dziwnie ubrany jegomość ze szpiczastą czapką dosiadający białego konia z ... dwiema nogami. Lajkonik pojawia się na Rynku krakowskim przynajmniej raz w roku, w oktawę Bożego Ciała (ale spotkać go można także podczas różnych ważnych wydarzeń), aby upamiętnić zwycięstwo Krakowian nad tatarskimi najeźdźcami, którzy przed wiekami próbowali zdobyć miasto. Lajkonik harcuje więc co roku na Rynku i rozdaje kuksańce swoją drewnianą buławą. Nikt jednak nie powinien się tego bać, bo ponoć uderzenie buławą przynosi pomyślność na cały rok.

   Wianki – co roku w czerwcu, w okolicach Nocy Świętojańskiej odbywa się jedna z najpopularniejszych plenerowych imprez krakowskich zwana potocznie „Wiankami”. Tradycja „wianków” sięga jeszcze pogańskich obrzędów, kiedy to panny na wydaniu wrzucały uplecione przez siebie z polnych kwiatów wianki w fale Wisły w nadziei, że te pomogą im znaleźć kandydata na przyszłego męża. Dziś wianki to przede wszystkim masowa impreza odbywająca się w zakolu Wisły pod Wawelem, której stałymi atrakcjami są konkursy na najpiękniejszy wianek, koncerty muzyczne i pokaz sztucznych ogni.

   Rękawka – Rękawka jest festynem odbywającym się w dzielnicy Podgórze, u stóp Kopca Krakusa (czy też Kraka), legendarnego założyciela Krakowa. Nazwa tego obyczaju wzięła się podobno od sposobu w jaki Krakowianie usypali legendarnemu władcy ten nietypowy nagrobek, mianowicie nosząc ziemię do budowy kopca w swych rękawach. Zawsze w pierwszy wtorek po Świętach Wielkanocnych pod kopcem Kraka można obejrzeć pokazy walk rycerzy, zapoznać się ze średniowiecznymi rycerskimi zwyczajami, wziąć udział w wielu konkursach oraz spróbować różnych smakołyków.

    Konkurs szopek- odbywa się co roku w grudniu i może w nim brać dosłownie każda osoba, która wykonała szopkę zawierającą oprócz motywów bożonarodzeniowych, także elementy wzorowane na zabytkowej architekturze starego Krakowa. Nagrodzone szopki można oglądać na pokonkursowej wystawie w Muzeum Historycznym miasta Krakowa, ale spore zasoby krakowskich kolorowych cudeniek ma też krakowskie Muzeum Etnograficzne. Zwyczaj konstruowania typowo krakowskich szopek sięga XIX wieku, pierwszy konkurs miał miejsce 21 grudnia 1937 roku. Drugi odbył się w 1938, a trzeci dopiero po wojnie w 1945. Odtąd już kolejne edycje organizowane są nieprzerwanie. Od 1946 roku pieczę nad tym najbardziej krakowskim konkursem sprawuje Muzeum Historyczne.



Piwnica pod Baranami

0 | dodaj
Joanna Rzońca


Magiczną atmosferę Krakowa zawdzięczamy wielu różnym elementom, wśród których znaleźć można zarówno ludzi, jak i konkretne miejsca. Niektóre z tych elementów stanowią jedynie dopełnienie i „ozdobniki” Krakowa, inne zaś mają znaczenie fundamentalne, a to znaczy, że bez nich Kraków nie byłby po prostu tym samym miastem. Czymś takim właśnie jest słynna Piwnica Pod Baranami mająca swoją siedzibę przy Rynku Głównym 27, dzięki której zabłysnęło wiele niezwykłych osobistości polskiej sceny piosenki poetyckiej i kabaretu.
Początkowo Piwnica miała być jedynie czymś w rodzaju klubu studenckiego, w którym mogliby się spotykać młodzi ludzie z krakowskich uczelni, by móc w swobodnej, nieskrępowanej atmosferze podzielić się swoimi pasjami, powygłupiać lub po prostu pogadać. Z takim właśnie założeniem otwierano Piwnicę późną wiosną 1956 roku. Wśród inicjatorów przedsięwzięcia byli między innymi Piotr Skrzynecki, Bronisław Chromy i Krzysztof Penderecki.
Z czasem studencki klub przerodził się w jeden z najbardziej niezwykłych ośrodków artystycznych Krakowa, który ściągał do siebie muzyków, poetów, aktorów i inscenizatorów – eksperymentatorów o tak wysokiej klasie, jak Wiesław Dymny, Janina Garycka, Joanna Plewińska, Krzysztof Komeda, Ewa Demarczyk, Zygmunt Konieczny, Leszek Długosz, Krystyna Zachwatowicz. To oczywiście tylko część nazwisk, które powinno się wymienić. Około roku 1976 nastąpiła pierwsza poważna „zmiana warty” – odeszła dość spora grupa artystów tworząca niepowtarzalny klimat Piwnicy, między innymi Ewa Demarczyk, czy Krystyna Zachwatowicz. Mówiło się, że kabaret nigdy już nie będzie taki sam. To prawda, nie był. Ale na miejsce tych, którzy z Piwnicy odeszli, pojawili się nowi wykonawcy i tak zaczął się nowy rozdział w historii Piwnicy. Do piwnicznej ekipy dołączyli Halina Wyrodek, Alosza Awdiejew, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Anna Szałapak, Zbigniew Preisner, Marek Grechuta. Później pojawili się Beata Rybotycka, Grzegorz Turnau, Jacek Wójcicki. Jak więc widać Piwnica stała się prawdziwą „wylęgarnią” talentów i to talentów nie byle jakich!
Wiele osób zastanawiało się na czym właściwie polega fenomen Piwnicy? Na ten temat powstało kilka książek, filmów i reportaży, ale miłośnicy Piwnicy wiedzą, że żadna książka i żaden film nie odda w pełni atmosfery piwnicznego przedstawienia, czy kabaretu oglądanego na żywo.  Niezwykły klimat tych artystycznych spotkań stał się podstawą do powstania określenia „stylu piwnicznego”. Na ów słynny styl składa się ponad pół wieku artystycznych eksperymentów obrosłych już niemal w legendę.
Piwnica w latach swojego początku odwoływała się do tradycji awangardowych ruchów powstałych w I połowie XX wieku – dadaizmu i surrealizmu. Przedstawienia opierały się często na jawniej drwinie ze skostniałych konwencji artystycznych. Ekscentryczni wykonawcy nie bali się przełamywać schematów i kpić zarówno z widzów, jak i z potocznego myślenia o roli artysty. Drwina ta jednak nigdy nie była wulgarna lub zbyt ostra, opierała się raczej na gustownym poczuciu humoru i błyskotliwej krytyce, czym piwniczni artyści zaskarbili sobie miłość wiernej publiczności. Dziś Piwnica Pod Baranami jest już trochę inna, a to dlatego, że zmieniły się i czasy i ludzie. Ale do teraz odnaleźć można w jej przedstawieniach  echa surrealistycznych klimatów i odwołań do tradycji ruchu Dada.
Do ważnych elementów kształtujących atmosferę Piwnicy należy jazz. Pod koniec lat 50. XX wieku, to właśnie podziemia Pałacu Pod Baranami stały się jednym z ważniejszych ośrodków jazzowych w Polsce. Posłuchać można tu było muzyki Krzysztofa Komedy, Andrzeja Kurylewicza, Wojciecha Karolaka, Jana Ptaszyna Wróblewskiego i śpiewu Wandy Warskiej. W kolejnych dekadach w Piwnicy pojawiały się kolejne wielkie osobistości polskiego jazzu: Tomasz Stańko, Jarosław Śmietana, Krzysztof Ścierański i wielu innych. Czas przemian politycznych w Polsce, czyli przełom lat 80/90 XX wieku przyniósł osłabienie pozycji jazzu w Piwnicy, ale do jazzowych tradycji szybko powrócono dzięki cyklicznemu Letniemu Festiwalowi Jazzowemu w Piwnicy Pod Baranami organizowanemu od 1996 roku.

Jednak prawdziwym sercem i uosobieniem piwnicznego stylu Piwnicy był od samego jej początku Piotr Skrzynecki, który przez lata pełnił rolę konferansjera. Charakterystyczną bródkę, fajkę i nieodzowny kapelusz kojarzyli wszyscy krakowianie. Skrzynecki stał się symbolem Piwnicy i tak dalece „zrósł się” z kabaretem, że kojarzony jest z nim nawet po swojej śmierci w 1997 roku. Dziś każdy, kto nie zdążył poznać tego niezwykłego artysty lub chce sobie przypomnieć i powspominać jego postać, może przysiąść w kawiarnianym ogródku na Rynku Głównym obok figury Skrzyneckiego spoglądającej na ludzi przechadzających się nieopodal ratuszowej wieży.

Planty

0 | dodaj
Joanna Rzońca


        Choć może trudno od razu zgodzić się z tą myślą, to jednym z najbardziej niezwykłych zabytków Krakowa są Planty, czyli „zielone koło” okalające najstarszą część miasta. Nie jest to bynajmniej jeden z wielu miejskich parków, chociaż najczęściej tak traktują go zarówno przyjezdni, jak i sami Krakowianie. Nie wszyscy oczywiście, gdyż dla niektórych jest to ewenement urbanistyczny na skalę światową, dla innych miejsce, w którym można odbyć niezwykły spacer przez epoki, a są i tacy, którym z Plantami kojarzą się licealne i studenckie „wagary”. Do dzisiaj w ciepłe jesienne lub wiosenne dni większość ławek oblegana jest przez krakowską młodzież z okolicznych szkół średnich („jedynka”, „piątka”, „ekonomik”)  i bardziej międzymiastowe, a nawet międzynarodowe grono studentów szacownej Alma Mater.
Co prawda Planty kryją w sobie pewne niebezpieczeństwa – trzeba uważać pod nogi, bo można natrafić tam na niespodziankę od piesków i na głowę, gdyż krakowskie ptactwo też w tym względzie ma coś do powiedzenia. Ale jest to też miejsce romantycznych przechadzek  we dwoje, a jak już coś więcej z takich znajomości wyniknie, to i w powiększonym gronie rodzinnym. Po Plantach przechadzają się ludzie w każdym wieku, do biur pędzą ludzie interesu pracujący w firmach na Rynku,  którzy musieli zostawić samochód na parkingu poza obrębem „zielonego koła”, Cyganki proponują wróżbę, a i niejednego krakowskiego kloszarda można tu spotkać... Ten czterokilometrowy pierścień zieleni jest atrakcyjny o każdej porze roku – na wiosnę „odświeża” stary Kraków, latem daje przyjemny cień, jesienią przyciąga romantycznym złotem i purpurą liści (a i kasztanem w głowę można dostać), a zimą w śnieżnej szacie skłania do refleksji.
Ale czy to naprawdę wszystko, co o Plantach można powiedzieć? Odpowiedź nasuwa się sama: na pewno nie. Aby się czegoś więcej o tym niezwykłym parku dowiedzieć, trzeba jednak sięgnąć w przeszłość. Tym, którzy nie przepadają za historią obiecujemy,  że dzieje Plant podamy w jak najbardziej przystępnej i krótkiej formie.
Zaczęło się to mniej więcej tak: w pewnym momencie (żeby nie męczyć konkretnymi datami, przyjmijmy, że był to po prostu koniec XVIII wieku) podjęto decyzję o wyburzeniu części murów obronnych okalających najstarszą część Krakowa. Wielu mieszkańcom się to nie podobało i protestowali przeciw takiemu pomysłowi, nazywając złośliwie rajców miejskich „burzymurkami”, jednak losy krakowskich fortyfikacji miejskich były już przesądzone. Został jedynie skrawek murów przy Bramie Floriańskiej, gdyż obrońcy zabytkowych fortyfikacji straszyli rajców, że docierający do Krakowa halny będzie ich żonom podwiewał spódnice, bo nie napotka na żadną dużą przeszkodę.
Takie groźby nie wywołały jednak spodziewanego efektu. Obwarowania wyburzano stopniowo. Po pustych , niezagospodarowanych placykach, które powstały w ten sposób zaczęli przechadzać się ludzie i wkrótce miejsca te stały się tak popularnymi skwerami spacerowymi, że trzeba było nad tym w jakiś formalny sposób zapanować.
Symbolicznymi narodzinami dzisiejszych Plant było zasadzenie w dniu 3 maja 1792 roku (dla uczczenia rocznicy Konstytucji 3 maja) „Drzewa Wolności”, czyli wiązu. Od 1815 roku pod nadzorem Feliksa Radwańskiego zaczęto systematycznie sadzić naokoło starego miasta drzewa, tworząc w ten sposób już zupełnie inny, bo zielony, mur zwany „Plantacją”. Takie były oficjalne początki Plant.
 Po Radwańskim pałeczkę w pracach nad rozbudową tego niezwykłego parku przejął Florian Straszewski, który aż do swojej śmierci w 1847 roku całkowicie poświęcił się temu przedsięwzięciu. W następny etap rozwoju (1847-1870) nazwany został „romantycznym” ze względu na to, że nadano Plantom charakteru tak modnego wówczas parku angielskiego pełnego „kwiatowych portretów”, zakrętów, tajemniczych mostków i wyrastających niespodziewanie przed spacerującymi altanek. Później zaczął się trzeci, trwający do 1914 roku okres naturalistyczny i secesyjny. Planty zyskały drewniane ławki (wcześniej były kamienne), oświetlenie gazowe,  sporo pomników (Grażyny, Lilii Wenedy, Jadwigi i Jagiełły, Rejtana i inne) oraz tzw. personel plantowy. Wokół  pierścienia Plant wyrastały jak grzyby po deszczu miejsca towarzyskich spotkań takie jak rewie, kabarety (np. „Odeon”, kawiarnie, cukiernie i słynne nieistniejące już dziś kino „Wanda” (1912).
W dalszej historii Plant wyróżnić jeszcze można okres międzywojenny, czyli „krajobrazowo- sceniczny”, lata drugiej wojny i okupacji (wycięto wtedy pamiątkowy, liczący sobie wówczas 150 lat wiąz), pierwszy okres powojenny (do lat 60. XX wieku) i „lata zaniedbań” 1960-1990. Od lat 90.XX wieku trwają prace rewaloryzacyjne i systematyczne upiększanie Plant, chociaż trzeba przyznać – idą one dość opieszale.
Dziś Planty zajmują powierzchnię ok. 21 ha i są unikatowym w skali europejskiej założeniem urbanistycznym podzielonym na osiem „ogrodów”: 1. Ogród Wawel 2. Ogród Uniwersytet 3. Ogród Pałac Sztuki 4. Ogród Florianka 5. Ogród Barbakan 6. Ogród Dworzec 7. Ogród Gródek 8. Ogród Stradom.

Kiedy będziemy spacerować po Plantach może warto rozglądnąć się za paroma pomnikami, resztkami murów obronnych, pamiątkowymi tablicami. I zastanowić się w którym „ogrodzie” aktualnie się znajdujemy.


Historia krakowskiego Dżoka

0 | dodaj
Joanna Rzońca




Na Bulwarach Wiślanych nieopodal Wawelu stoi niewielki, lecz wzbudzający ciekawość pomnik przedstawiający psa schowanego w otwierających się ludzkich dłoniach. Jest często odwiedzany przez turystów i szczególnie lubiany przez dzieci, które uwielbiają się na niego wdrapywać i głaskać wyrzeźbionego czworonoga. Jednak to miejsce nie jest tylko turystyczną atrakcją, ale przede wszystkim pomnikiem ku czci psiej wierności upamiętniającym jednego z najbardziej znanych polskich psów – Dżoka. Dzieje tego niezwykłego zwierzęcia znane są chyba wszystkim mieszkańcom Krakowa, tą historią żyło przecież całe miasto. I choć wiele osób uważa Dżoka za jedną z najmłodszych legend krakowskich, to wszystkie opisane tu wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości.
O Dżoku Kraków usłyszał w roku 1990, kiedy pies pojawił się na Rondzie Grunwaldzkim. Początkowo nie wszyscy wiedzieli dlaczego tam się znalazł, ale w krótkim czasie uporczywie przebywającym na rondzie zwierzęciem zaczęto się bardziej interesować, a miasto obiegła informacja o tragicznej śmierci właściciela, który w tym właśnie miejscu zmarł na atak serca. Dżok, tęskniąc za swym panem, czekał na niego wytrwale w miejscu, gdzie widział go po raz ostatni. Nie pozwalał się nikomu złapać i zabrać, bez względu na pogodę i głód wciąż wypatrywał przyjaciela, który nie mógł już przecież po niego wrócić. Dżok poruszył krakowskie serca – ludzie wybudowali mu budę, by mógł przetrwać zimowe miesiące oraz przynosili mu pożywienie. Mimo wielu prób, Dżok przez rok nie dał się przekonać do opuszczenia ronda. Już wtedy stał się symbolem psiej wierności i więzi, jaka połączyć może zwierzę z człowiekiem.
Przełom nastąpił w roku 1991, kiedy pies postanowił dać szansę kobiecie, która przez wiele miesięcy przychodziła go dokarmiać. Przygarnęła go Maria Muller, żona Władysława Mullera (wieloletniego współpracownika Polskiego Radia i wykładowcy Akademii Rolniczej w Krakowie). Dżok znów znalazł przyjaciela i dom. Niestety po kilku latach psa znów spotkała bolesna strata - pani Maria zmarła, a on został przeniesiony do psiego hotelu w Swoszowicach, skąd niemal natychmiast uciekł. Zginął tragicznie pod kołami pociągu.
Krakowianie jednak  nie zapomnieli o wiernym Dżoku– na zawsze znalazł miejsce w ich sercach. Jego historia poruszyła wielu ludzi, którzy postanowili upamiętnić tę wzruszającą psią wierność. Powstał pomysł wystawienia Dżokowi pomnika, początkowo nie uzyskał on jednak aprobaty władz miasta. Wtedy w akcję popierającą postawienie pomnika włączyły się ogólnopolskie media, wiele organizacji (np. Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami), znanych osób (m.in. Zbigniew Wodecki, Jerzy Połomski) i oczywiście mieszkańców Krakowa.
Pomnik wykonał prof. Bolesław Chromy, jeden z najbardziej znanych krakowskich rzeźbiarzy, autor m.in. rzeźby Wawelskiego Smoka. Postawiono go na wiosnę 2001 roku – dokładnie w 10 rocznicę opuszczenia przez Dżoka ronda. Odsłony dokonał przedstawiciel psiej nacji, owczarek Kety. Podpis pod pomnikiem krótko opisuje historię wiernego mieszańca:

Pies Dżok

Najwierniejszy z wiernych
Symbol psiej wierności


Przez rok /1990-1991/ oczekiwał
na Rondzie Grunwaldzkim na swego Pana,
który w tym miejscu zmarł

Dżok, the dog

The most faithful canine friend
ever epitomising a dogs boundless
devotion to his master


Throughtout the entire year /1990-1991/ Dżok
was seen waiting in vain at the Rondo
Grunwaldzkie roundabout to be fetched back by
his master, who had fassed away
at the very site


Pomnik Dżoka powstał jako trzeci pomnik psa w Europie, po pomniku wystawionym w Rosji Łajce, która przemierzała kosmos oraz pomniku szwajcarskiego bernardyna, który uratował w górach przed zamarznięciem ponad 40 osób. Pomniki takie stawiano także na innych kontynentach – jednym ze słynniejszych psów był na przykład Balto rasy Siberian Husky, który w latach 20. XX wieku prowadził psi zaprzęg z półprzytomnym poganiaczem przez 1000 km śnieżnego interioru Alaski, aby przywieźć lekarstwo umierającym na błonicę dzieciom. Balto oprócz pomnika w nowojorskim Central Parku doczekał się także kilku filmów opowiadających jego historię. Obecnie pomników upamiętniających czworonożnych przyjaciół człowieka jest dużo więcej, także w Polsce.



















Powyższy tekst ukazał się pierwotnie na Krakow For You






Szlakiem krakowskich legend

0 | dodaj
Joanna Rzońca

Co prawda nie tylko Kraków ma swoje legendy i opowieści, ale właśnie w Krakowie jak nigdzie indziej te niezwykłe historie tak dalece ”wtopiły” się w atmosferę miasta i przybrały materialną, bardzo sugestywną postać, którą można zobaczyć, dotknąć, poczuć. Na to namacalne oblicze legend składają się konkretne miejsca wyznaczające szlak krakowskich opowieści, których jest być może zbyt wiele, by opisać je wszystkie, ale warto wspomnieć przynajmniej o kilku.
Taki spacer szlakiem legend można właściwie zacząć w wielu miejscach. Najprościej wędrówkę rozpocząć po prostu na Rynku Głównym, który jest największym i najbardziej charakterystycznym placem miasta. I już tutaj stojąc pod kościołem Mariackim, którego wieże górują nad płytą Rynku, natknąć się można na pierwsze opowieści. No właśnie - wieże kościoła... podobne, a jednak różniące się wysokością, niesymetryczne. Dlaczego? Legenda mówi, że w odległych czasach średniowiecza dwóch rywalizujących ze sobą braci budowało oddzielnie (każdy swoją) wieże kościoła Marii Panny. Jak to często w rodzinie bywa nie obyło się bez kłótni i wzajemnej zawiści i jeden z braci w akcie zazdrości zasztyletował drugiego, którego wieża była w bardziej zaawansowanym stadium budowy. Sztylet, którym dokonano tej rodzinnej zbrodni do dzisiaj wieszany jest na sukiennicach od strony kościoła. A co się stało z zabójcą? Ukończył co prawda swoją wieżę, która górowała nad niedokończonym dziełem nieszczęsnego brata, ale wyrzuty sumienia tak bardzo dawały mu się we znaki, że rzucił się w końcu z rozpaczy właśnie z wyższej wieży.
Jeśli będziemy mieć trochę szczęścia - a do tego naprawdę nie trzeba wiele, gdyż wystarczy być na Rynku lub w jego pobliżu o pełnej godzinie – spotkamy się z kolejną legendą. Tym razem naszą wyobraźnię powinny pobudzić bodźce dźwiękowe, a konkretnie hejnał, który na trąbce wygrywany jest przez hejnalistę z wieży kościoła Mariackiego (znowu ta wieża!). I chociaż większość Polski jest przekonana, że hejnał można usłyszeć tylko w południe, bo wtedy jego charakterystyczny sygnał rozchodzi się w eter za pośrednictwem polskiego radia, to zapewniamy, że na żywo krakowski hejnał grany jest co godzinę. Uważny słuchacz na pewno się zorientuje, że dźwięk trąbki nagle się urywa i melodia hejnału sprawia wrażenie niedokończonej. Tak też jest w istocie. Hejnaliści nie kończą wygrywanego przez siebie utworu, by upamiętnić postać swojego bohaterskiego poprzednika, który w XIII wieku, podczas najazdu Tatarów na Polskę wypatrzył z daleka nieprzyjaciela zbliżającego się do miasta i zaczął grać na alarm na trąbce. Miasto zdołało przygotować się do odparcia ataku, ale hejnalista przypłacił swoje poświęcenie życiem, gdyż tatarska strzała utkwiła wprost w jego gardle przerywając tym samym grany na alarm hejnał...
Skoro już wiadomo jak to z hejnałem i wieżami kościoła Mariackiego było, można zacząć przemieszczać się Królewskim Traktem, czyli słynną ulicą Grodzką w stronę Wawelskiego Wzgórza wznoszącego się nad zakolem Wisły. To właśnie stąd do wody rzuciła się nieszczęsna królewna Wanda, ale ponieważ już zbyt dużo ludzi zginęło tragicznie w akapitach tego krótkiego tekstu, lepiej przejść do jakiejś innej legendy. A tych na szczęście mamy w zapasie dostatek. Po wspięciu się na wzgórze  i obejrzeniu kompleksu wawelskich zabytków, wybrać można sobie nietypową, ale bardzo atrakcyjną drogę zejścia – poprzez Smoczą Jamę. Jak mówi legenda w grocie tej mieszkał słynny Smok Wawelski, który terroryzował miasto dopóki nie został pokonany przez skromnego, ale sprytnego młodzieńca, niejakiego szewczyka Skubę, bądź też Dratewkę. Niedowiarków wątpiących w istnienie bestii obecność w Smoczej Jamie powinna przekonać co do prawdziwości legendarnej opowieści. No bo i czym niby miałaby być ta skalna grota pod Wawelem, jeśli nie mieszkaniem smoka właśnie? Choć bestia dała się we znaki Krakowianom w przeszłości, obecni mieszkańcy miasta wspominają ją raczej z sentymentem i wystawili jej nawet ziejący ogniem pomnik, przy którym można sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie.
Po pełnej wrażeń wizycie w Smoczej Jamie, mając Wawelskie Wzgórze za plecami i Wisłę przed oczami, należy skręcić w lewo i spacerkiem przejść pod mostem Grunwaldzkim w pobliże ulicy Paulińskiej, gdzie łatwo bocznym wejściem dostać się do kościoła na Skałce. A tam czeka już kolejna legenda związana z osobą św. Stanisława. Przed wejściem do kościoła znajduje się sadzawka z wodą mającą ponoć uzdrawiającą moc. Te szczególne właściwości woda zawdzięcza wydarzeniom, które miały miejsce w czasach bardzo odległych, bo średniowiecznych, a ich dokładny przebieg znamy dzięki przekazom kronikarza Galla Anonima. Otóż św. Stanisław za bardzo angażował się w sprawy dotyczące polityki i podpadł tym samym porywczemu królowi Bolesławowi, który kazał go unieszkodliwić w dość okrutny sposób – Stanisław został zabity podczas odprawiania mszy, a jego poćwiartowane ciało wrzucono do przykościelnej sadzawki. I wtedy zdarzył się cud – poszczególne części ciała zrosły się na powrót w całość. Brakowało co prawda  kciuka, którego połknęła ryba, ale i ten się w końcu znalazł, gdy delikwentkę złowiono i otwarto jej brzuch. Jak głosi napis na tabliczce przy sadzawce woda do dziś zachowała swoje cudowne właściwości i nawet nadaje się do picia. Choć jej zapach do tego nie przekonuje, to jednak śmiało można jej spróbować i nikt nie powinien się nią zatruć.

Na tym zakończyć można spacer i resztę dnia spędzić na Kazimierzu, zaglądając do jednej z wielu urokliwych knajpek, a następne spotkanie z legendami zostawić sobie na kolejne dni spędzone w Krakowie.

Krakowskie smakołyki

0 | dodaj
Joanna Rzońca


Krakowskie tradycje kulinarne
Dzieje kuchni krakowskiej sięgają czasów średniowiecznych, choć trzeba przyznać, że krakowskie tradycje kulinarne ukształtowały XIX –wieczne, wyraźne wpływy galicyjskie i austriackie (szczególnie wiedeńskie). Oczywiście nietrudno się domyślić związku takich wpływów z historycznymi kolejami losu Krakowa, który znalazł się pod wpływem Cesarstwa Austriackiego, tym niemniej  niektóre potrawy mają starsze korzenie sięgające jeszcze czasów pierwszych Jagiellonów.
Choć w Krakowie, jak w każdym dużym mieście, zasmakować można potraw z wielu regionów świata (są tu restauracje węgierskie, włoskie, meksykańskie, wietnamskie i wiele innych), to jest  kilka czysto krakowskich specjałów, które znakomicie wpisują się w atmosferę tego niezwykłego miasta.

Krakowska kuchnia staropolska
Kraków był miastem królewskim, a co za tym idzie jadano tutaj dość obficie, choć oczywiście stół królewski różnił się od stołu bogatego mieszczaństwa, a tym bardziej biedoty miejskiej. Ale trzeba przyznać, że różnice te nie były aż tak widoczne, jak choćby  w strojach.
Podstawowym elementem w jadłospisie było pieczywo – krakowskie piekarnie już w średniowieczu oferowały dziewięć rodzajów wypieków, nie mówiąc o wielu ich odmianach. Krakowianie zakupić mogli chleb czarny, biały, bułki, suchary, słynne krakowskie obwarzanki, rogale, placki z makiem i serem, miodowe ciasteczka oraz inne produkty piekarnicze. Wybór w każdym razie był duży.
Ważnym składnikiem krakowskiej kuchni były kasze: jaglana, jęczmienna, manna. Kasza wykorzystywana była głównie jako dodatek do mięs, na przykład przy przyrządzaniu wszelakich farszy. Jadano także sporo warzyw, szczególnie po tym, jak królowa Bona przywiozła ze sobą na Wawel włoszczyznę, choć i w średniowieczu dania jarskie były dość popularne. Najczęściej na stołach pojawiał się groch, cebula, kapusta, pietruszka, pory. Zdecydowanie mniej było owoców, a jadano je głównie w sezonie. Najpowszechniejsze były jabłka, gruszki i śliwki, trochę mniej poziomki i czereśnie.
Z mięs najpopularniejszy był drób i wieprzowina – przygotowywano je piecząc, dusząc lub gotując. Jadano też sporo wędlin, takich jak kiełbasy i szynki. Ryby wystepowały najczęściej w postaci wędzonej i suszonej. Powszechny był też nabiał i jajka, bez których niemożliwe było przyrządzenie wielu lubianych potraw (choćby pierogów).
Ponieważ Kraków był ważnym ośrodkiem handlowym, można tu było dostać wiele mniej lub bardziej egzotycznych przypraw, którymi chętnie doprawiano potrawy. Najczęściej stosowano sól, czosnek i koper włoski, ale przeciętny mieszczanin nie miał problemów z nabyciem pieprzu, goździków, imbiru, cukru, szafranu, czy rodzynków.
Jeśli chodzi o napoje, to obok zwykłej wody pragnienie zaspokajano piwem i pitnym miodem.
Z krakowskiej kuchni staropolskiej do dziś przetrwały takie potrawy jak kurczak po krakowsku, czy kaczka po krakowsku.

Galicyjskie wpływy
Krakowskie tradycje kulinarne zmieniły się nieco na przełomie XVIII/XIX wieku, a to za sprawą zawirowań historycznych. Oprócz wpływów austriackich dotarło tu też sporo niemieckich, czeskich, karpackich i węgierskich. Po pierwszym rozbiorze dotarło w te okolice dużo Niemców i Czechów, którzy z czasem całkowicie się zasymilowali, a ich potomkowie często stawali się symbolami krakowskości – wystarczy tu choćby wymienić takie osobistości, jak Juliusz Leo, Józef Dietl, Jan Matejko, czy rodzina Zollów. Wszyscy ci przedstawiciele innych nacji przynosili ze sobą własne zwyczaje kulinarne, które z czasem wtapiały się w krakowski kanon kulinarny. Co ważne kuchnia krakowska różni się od kuchni innych regionów dawnej Galicji i historycznej Małopolski – wiele znanych potraw przyrządza się tu po prostu inaczej, stosując zupełnie inne przyprawy.
Czas rozbiorów i wpływy austriackie wykształciły specyficzną dla Krakowa „kulturę kawiarnianą”. Bo choć jest w tym mieście sporo pubów, knajp i barów, to, co dla Krakowa jest naprawdę charakterystyczne, to kawiarnie z prawdziwego zdarzenia, nawiązujące do wiedeńskich tradycji. W Krakowie życie kawiarniane jest niezwykle ważne i stało się częścią niezwykłej atmosfery miasta. Co ważne, Kraków miał też wielki wkład w kształtowanie się kawiarnianych obyczajów na ziemiach polskich. To tu w pierwszych latach XX wieku, w kawiarni Noworolskiego w Sukiennicach (gdzie do dzisiaj można napić się kawy) zainstalowano pierwszy ciśnieniowy ekspres do kawy przywieziony z Wiednia. Warto podkreślić, że była to wówczas nowość na skalę europejską.



Krakowskie specjały i przyprawy


obwarzanki krakowskie – swoisty symbol Krakowa, wpisany w 2006 roku na Listę Produktów      Tradycyjnych. Obwarzanki mają wielowiekową historię – są wypiekane już od czasów średniowiecza (pierwsze wzmianki pochodzą z XIII wieku). Nazwa więła się od obwarzania, czyli zanurzania surowego ciasta we wrzącej wodzie jeszcze przed procesem wypieku.
kminek – wszechobecna krakowska przyprawa, która jednak nie wszystkim przyjezdnym smakuje. Kminek można spotkać w większości krakowskich potraw, dodaje się go nawet do pieczywa. Krakowianie kminek upodobali sobie tak bardzo, że gotują nawet zupę kminkową
polędwiczki wieprzowe w sosie pieprzowo-koniakowym
maczanka po krakowsku, czyli karkówka w sosie kminkowym podawana w kajzerce popularna zwłaszcza wśród tutejszych dorożkarzy
biały barszcz, gotowany na wywarze z wędzonki i zaprawiany śmietaną
pieczywo krakowskie – charakterystyczne ze względu na dużą ilość kminku. Obok chleba krakowskiego popularne są nakminkowane bułki bośniaczki i sztangielki, w których znaleźć można dodatkowo kryształki soli. Krakowską odmianą chałki jest chałka chrześcijańska, czyli jajecznik, który nie jest pleciony lecz ma formę okrągłego placka. Są jeszcze buchty, czyli drożdżowe bułeczki pozlepiane razem, z nadzieniem z powideł.
Krakowskie słodkości – należą do nich serniki z żółtkami i kremem waniliowym, babka z kaszy krakowskiej z bakaliami (ponoć ulubiony deser Anny Jagiellonki) i oczywiście krakowska kremówka (z jej słynną wadowicką odmianą), która nieustannie konkuruje z warszawską napoleonką. Jednak najbardziej charakterystyczny jest torcik Pischingera i Linz. Nazwa tego pierwszego torcika pochodzi od nazwiska wiedeńskiego cukiernika Oscara Pischingera, który w pierwszej połowie XIX wieku wyrabiał pyszny torcik używając wyłącznie wafla karlsbardzkiego – w Krakowie po pierwszej wojnie światowej ten rodzaj wafla był niedostępny więc używano innych wafli. Poza tą zmiana przepis jest identyczny jak ponad 150 lat temu.




Enrico Muscetra i Kraków

0 | dodaj
Joanna Rzońca 


Kraków niemal od zawsze przyciągał do siebie wielkie osobowości twórcze, które właśnie w tym mieście odnajdywały natchnienie i inspirację do swojej działalności artystycznej. Działo się tak przed wiekami i dzieje się tak również obecnie – a to zapewne dzięki niezwykłej atmosferze, którą przesiąknięte jest to miasto.

Jednym z współczesnych artystów, którzy zachwycili się Krakowem jest włoski grafik, malarz i rzeźbiarz, Enrico Muscetra. Artysta od 2003 roku, czyli od ponad pięciu lat spędza w Krakowie po kilka miesięcy, dzieląc swoje życie pomiędzy włoskim Salento a dawną siedzibą królów Polski.
Muscetra zrealizował wiele międzynarodowych projektów, które przyniosły mu uznanie nie tylko w środowisku artystów i krytyków sztuki, ale również wśród odbiorców. Zasłynął w latach 1973- 1974, kiedy na przedmieściach Mediolanu pojawiły się oniryczne murale jego autorstwa, które znacznie odbiegały od panującego wówczas nurtu zaangażowanego społecznie. Później przyszedł czas na przedsięwzięcia takie, jak ”Pomnik Jeżowca” w Gallipoli, „Człowiek z wielkim sercem” w Martano, czy też „Zwiastowanie” w Aradeo. 
O kilku lat artysta realizuje swoje pomysły również w Polsce. Nie bez echa przeszła jego pamiętna wystawa „Romeo i Julia - niespełnione marzenie”, którą podziwiać można było na dziedzińcu krakowskiego Pałacu Kszysztofory. Była to artystyczna wariacja na temat słynnej szekspirowskiej historii o nieszczęśliwej miłości, która nie mogła się spełnić ze względu na przeciwności losu. Figura słynnych literackich kochanków przez kilka tygodni gościła zresztą na płycie Rynku Głównego. Obrazy i rzeźby Muscetry były również wystawiane w galerii autorskiej Bronisława Chromego w krakowskim Parku Decjusza.

Jednak artysta nie ogranicza się jedynie do Krakowa, choć przyznać trzeba, że to właśnie miasto szczególnie sobie upodobał. Jego prace można oglądać także w wielu innych małopolskich miejscowościach. W lipcu 2008 roku, za sprawą Muscetry właśnie Wieliczka zyskała jeszcze jeden wizerunek swej patronki, św. Kingi, który różni się jednak znacznie od klasycznych pomników, dając widzowi możliwość samodzielnej interpretacji rzeźby i jej nietypowego kształtu. Artysta przedstawił św. Kingę jako kobietę silną – co symbolizować ma ciężki i solidny brąz, z którego wykonany jest pomnik – ale równocześnie bardzo subtelną i uduchowioną, a to dzięki sprawiającej wrażenie lekkości formie przybierającej płomienisty kształt. Dzięki temu Muscetra ukazał zarówno trwałość dzieła Kingi, jak i jej delikatność i świętość. Rzeźbą artysty poszczycić może się także słynąca ze swych aniołów Lanckorona – pomnik oczywiście przedstawia anioła, którego zaprojektowana przez Muscetrę postać wprowadzona została w przestrzeń lanckorońskiego rynku. Najbardziej charakterystycznym motywem przewijającym się w twórczości Muscetry niczym lejtmotiv jest serce - ze wszystkimi konotacjami jakie niesie ze sobą ten symbol. Sercom Muscerty daleko jednak do funkcjonującemu w popkulturze znaku, są one bowiem często gorzkie, ale też nierzadko płomienne; są symbolem wielkich namiętności i pasji, ale również ciężaru, jaki ze sobą niesie intensywność uczucia – również niespełnionego. Dobrze tłumaczą rolę tego symbolu słowa samego artysty: „Przede wszystkim miłość! Lub lepiej – niemożliwość miłości jest zapewne najbardziej uniwersalnym obrazem cierpienia i ciężaru życia pod wpływem wielkich uczuć. To tłumaczy także i nadaje sens tworzeniu przeze mnie obrazów malarskich i rzeźbiarskich, które odnoszą się do serca.”
Miłość (zarówno tragiczna, jak i spełniona) jest bowiem dla artysty tematem uniwersalnym i zrozumiałym dla wszystkich ludzi bez względu na różnice kulturowe. Artysta próbuje więc poprzez swoje dzieła snuć rozważania na temat tego czym jest owo uczucie i jak głębokie może być spowodowane nią rozdarcie. Odpowiedzi tych udziela nie tylko poprzez rzeźby, ale też za pomocą obrazów i rycin.
Drugim tematem wokół którego skupia się Enrico Muscetra jest problem zderzenia duchowości z cielesnością i konsekwencje nieprzystawalności tych dwóch form bytu. Problem wykluczenia materii pojawia się w wielu dziełach twórcy, stąd też rzeźby artysty często intrygują pustymi miejscami i otworami, nadającymi obiektom lekkości i niemal koronkowości. W tej afirmacji bezcielesności uprzywilejowane miejsce zajmuje jednak wciąż serce, które – mimo, że jest organem ciała – pełni równocześnie funkcję symbolu całej sfery duchowej.


Powyższy tekst ukazał się pierwotnie na Krakow For You i dostępny również TUTAJ
Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.